KASIA I KONRAD



No i po wakacjach. Roboty masa, dzisiaj sesja na łące o 6 rano (no dobra, chwilę zaspałem ;) ), a teraz na moim zegarze jest prawie 2 w nocy i końca pracy nie widać...
Wrzucam materiał Kasi i Konrada.Tradycyjnie już nic nie napiszę, ale oddaję miejsce wspomnieniom Panny Młodej...



-------------------------------------------------------------------------------------------------- 

Przez długi czas ślub i wesele kojarzyły mi się tylko z ciężką pracą, z ogromną ilością obowiązków, rzeczy do załatwienia, zaplanowania, zgrania. Nie zliczę ile razy pytałam „po co to wszystko?”. Dopiero dwa miesiące przed ślubem, po spotkaniu w hotelu, gdzie miało odbyć się nasze wesele, moje nastawienie zmieniło się. Jakby kurtyna spadła mi z oczu. Nasz ślub w końcu nabierał realnych wymiarów, wszystko zaczęło składać się w całość. Piękną całość. A poświęcenie przynosiło pierwsze efekty. Uskrzydlona, dalej realizowałam nasz misterny plan, ciesząc się każdym kolejnym dniem i cierpliwie czekając na Tą sobotę.

7 maja 2011 obudziłam się wyspana i spokojna. Zero stresu, pełen relaks. To był mój dzień. Delektowałam się każdą chwilą, rozmową u fryzjera, żartami u kosmetyczki, nawet prowadzeniem auta. Kiedy,( trochę upiększona ;)), wróciłam do domu moi najbliżsi byli już gotowi, a po mieszkaniu krążył Piotr, polując na ciekawe ujęcia. Doskonale wtopił się w atmosferę naszego mieszkania, jakby był tam od zawsze. Goście stopniowo przybywali do nas, aż w końcu padło hasło: Konrad idzie. I wtedy mnie sparaliżowało, nogi odmówiły posłuszeństwa, zabrakło tchu. Przypięcie butonierki mojemu przyszłemu mężowi to był koszmar. Ręce drżały mi jak oszalałe, a z błogosławieństwa nic nie pamiętam. Na szczęście wszystko odpuściło kiedy zaczęliśmy zbierać się do kościoła, odzyskałam swoje nogi, ręce i mój ukochany spokój. Uczucie luzu rozprzestrzeniło się po moim ciele, docierając również do umysłu. Taki idealny stan ducha i ciała towarzyszył mi już do końca dnia. Ani wypowiedzenie przysięgi na forum wszystkich gości nie było problemem, ani pierwszy taniec. Każdej młodej parze życzę takiego samopoczucia w dniu ślubu.

Dzień po weselu moja mama zapytała mnie, czy znaliśmy naszego fotografa wcześniej? „Bo tak żartowaliście i swobodnie się zachowywaliście” powiedziała. Bardzo zdziwiło mnie wtedy to pytanie, bo nasze relacje same się jakoś tak ułożyły... Wiecie co, taki właśnie jest Piotr, widzisz go drugi raz w życiu, a masz wrażenie, że możesz z nim konie kraść.

Dwa tygodnie po weselu mieliśmy już wszystkie ślubne sprawy pozamykane. Została tylko sesja plenerowa. Nie ukrywam, że się jej trochę obawiałam. Przecież ja nie umiem pozować! Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się martwiłam. Plener był dla nas niesamowitą przygodą! Zupełnie nowym doświadczeniem, atrakcją samą w sobie. Mnóstwo żartów, śmiechu. Radość w czystej postaci, wręcz uczucie upojenia endorfinami, które buzowały w głowie i jeszcze długo utrzymywały się w mojej krwi. Wróciliśmy do domu bardzo mile zmęczeni i zadowoleni.

   A i jeszcze jedno... Przed sesją przeczuwałam, że może paść propozycja pozowania do zdjęć w wodzie. Chcąc tego uniknąć, nie wzięłam nic na przebranie, myśląc, że sprawa będzie załatwiona. Jak bardzo się myliłam, po kilku godzinach takich emocji wcale nie trzeba było mnie namawiać. J Więc nie wierzcie sobie i weźcie profilaktycznie inne ubrania, bo inaczej będziecie wracali do domu jak ja w halce i sweterku.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ślub- Kościół Garnizonowy w Toruniu
Wesele- Hotel Rubbens w Łysomicach
Muzyka- Robi Art
Plener- 3City



















































   




5 komentarze:

  1. Jak dla mnie genialne. W reportażu dużo świetnych klatek, plener też soczysty i z pomysłami.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Śliczna Pani Młoda i fajnie wykorzystałeś potencjał tej pary super

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  3. Naprawdę świetnie wyszło. Prawdziwy reportaż i ciekawy plener. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń na zawsze

Facebook